2015/11/10

#11 Zawsze chciałam być geekiem


Wstydliwe wyznanie nadchodzi.
Wstydliwe dla całej mojej humanistyczno-lingwistyczno-artystycznej duszy.
Zawsze chciałam iść na politechnikę.
Chciałam mieć klucz do tajemnej wiedzy, rozwiązując zadania matematyczne czuć się jak w matrixie, być prawdziwym nerdem z krwi i kości, skonstruować samomalującego ściany robota do urządzania wnętrz czy odkryć nowy gatunek owada, który zainspiruje do ulepszenia dronów i innych machin latających. Polecieć w kosmos.
Być nerdem i mieć swój Bazinga Crew.
Taki na serio.
Oglądać Gwiezdne Wojny i dzierżyć w dłoni wykonany przeze mnie miecz świetlny. Robić wykłady na MIT i zrobić selfie z Hawkingiem. Sorry Stephen. Być taką signorą Da Vinci.

Chciałam. Ale rzeczywistość uderza mocniej niż zapach odkrytej dzisiaj, zapomnianej butelki z sokiem granatowo-brzozowym sprzed tygodnia.
Ja po prostu jestem w tym beznadziejna.

Mieszanka nieznoszącego porażki perfekcjonizmu (co jest najgorszą rzeczą podczas moich prób uczenia się nowych rzeczy) z moim wynikiem matury z matematyki, a także fakt, że nigdy nie przechodzę samouczków daje bezkształtną masę bryłopodobną moich możliwości w dziedzinach technicznych.
Co nie zmienia faktu, że strasznie mnie one intrygują.

Co więc pozostało mi w sferze marzeń?
Bycie geekiem.
Taką podróbą nerda. Taki co to niby rozumie. Taki co się śmieje z kota Schrodingera albo kojarzy bozon Higgsa, ale nie ma pojęcia o co chodzi w teorii strun i właściwie to o co chodzi z tym wybuchem.
Czyli w sumie oglądanie The Big Bang Theory.
Czytanie magazynów popularno-naukowych.
SF.
Fantasy.
Marzenie o napisaniu kiedyś jakiegoś.
Brzmienie intrygująco mówiąc: Ojej, ta plama benzyny wygląda zupełnie jak kryształy kwasu cytrynowego w świetle spolaryzowanym!
Niecne plany cosplayu.
Jaranie się fanowskimi gadżetami i chęć wykupienia połowy asortymentu ze sklepów dla tych mainstreamowo-niemainstreamowych odbiorców, którzy potencjalnie nołlajfią.
Marzenie o dużej szafie, która pomieściłaby wszystkie płaszcze asasynów. I ukryte ostrze. I tomahawki.
Granie w gry. Duużo grania w gry.
I w sumie o to mi w tym wszystkim chodzi, że niemożebnie stałam się obsesyjną fanką Assassin's Creed. I śniła mi się dzisiaj apokalipsa, w której byłam asasynem. Panem asasynem. Bo kim innym mogłabym chcieć być na koniec świata niż najlepszym złodupcem z najpiękniejszym włosko-angielskim akcentem i najlepiej ubranym w całej serii?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chodź. Nie stój pod drzwiami ;)