2015/09/10

#6 Wrzesień to menda


Nie wiem czy jest to kwestia spadającego ciśnienia, niewygodnego łóżka, czy ostatnio zapoczątkowanych mrozów (pozdrawiam spod misiowatego koca), czy niestabilnej sytuacji politycznej krajów ościennych i tych zzaściennych, ale śnią mi się koszmary. A przeważnie mi się nie śnią. Nigdy.

Wczorajszą krainę morfeuszy nawiedził pusty portfel. A, no i ostatnio właśnie taki problem (już dawno nie odwoływałam zakupów przy kasie aż do wczoraj).
Chciałam dojechać z A do B, ale te dobrze znane mi A zaczynało się w połowie drogi. Niemniej jednak w portfelu miałam tylko 2,90 zł czyli wciąż ponad połowę za mało. W drugą stronę też mnie nie było stać. Niemniej jednak dojechałam (próbując zagadywać panią od biletów). Juhu. Prosto w serce wojny.

Strzelałam we wrogów unikając kul, oglądając je (te większe, armatnie) w zwolnionym tempie. Wrogowie jacyś znajomi. Jakby Kwaśniewski i moja nieistniejąca siostra bliźniaczka. Nie mówiąc już o tym, że okopy znajdowały się na terenie uniwersytetu mojego drugiego wydziału. I bardziej wydziału M. Bo M. też tam był, ale tylko czasami trącała mnie ta świadomość.
.
Jakież było moje zdziwienie kiedy wróg zaczął budować w trybie ekspresowym drewniany most nad przepaścią, łączący ich okopy z naszymi. Stałam dumnie, a łzy kapały jak grochy po twarzy.
– Jak to się stało? Byliśmy tacy dzielni, tak dobrze nam szło!
I szliśmy gęsiego w niewolę lub na wolność, rozdzielając pary. Żebyśmy razem z M. uciekli skłamałam, że nic nas nie łączy (zastanawiając się czy nie zorientują się, że nosimy obrączki, damn it). Chyba uciekliśmy, bo telefon teleportował mnie znowu do mojego łóżka.



Dzisiejsza noc też nie była najlżejsza.
Śniła mi się wizyta u najgorszego fryzjera w moim mieście rodzinnym. Naprzeciwko byłego liceum (nie muszę dodawać, że fryzjer takowy tam nie istnieje?). Nie wiem skąd te edukacyjne nawiązania…

Zdecydowałam się na farbowanie, po latach odstawienia od tej niszczącej włosy i portfele przyjemności. Na blond. U kiepskiego fryzjera (dobre na początek horroru w stylu #WhiteGirlsProblems). Nałożyła mi farbę na odrosty w ciepłym odcieniu. A ja chciałam w zimnym (dla niewtajemniczonych jak się na ciepłą nałoży potem zimną to wyjdą zielone włosy, a odwrotnie będą ohydnie czerwone refleksy, więc to nie przelewki). Siedziałam tak o wiele za długo, co chwile fryzjerki kazały mi się przesiadać, inne chodziły w około nowych ludzi wchodzących do salonu, a o mnie jakby bezustannie zapominały. Kiedy zarzuciłam im nieprofesjonalne traktowanie klienta i branie za dużo ludzi na raz, te zaczęły robić sobie grupowe zdjęcie. (kropka pogardy)

Jest godzina 15:13, a ja dopiero zdałam sobie sprawę, że nikt nie mógł mi nałożyć farby na odrosty.
Bo ja nie mam odrostów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chodź. Nie stój pod drzwiami ;)