2015/09/12

#7 M jak Magik


Ostatnie dni leniwie upływają pod znakiem oglądania filmików na youtubie, namiętnym śledzeniu vinesów, graniu w Angry Birds i czytaniu Harrego. No i koczowaniu bezustannie we wspólnym pokoju wraz z M., który gra w Starsector (na przemian z KAGiem) i jest już największym badassem na 37 lvl w galaktyce.

O magii M. mogłabym się długo rozwodzić, jednak jest jedna rzecz, która wyjątkowo pragmatycznie demaskuje jego tendencję do paranormalności. Zawsze, ZAWSZE, jak coś mi się psuje, zawiesza, nie chce zresetować, nadciąga M. i jego wyjątkowe zdolności. I tu nie chodzi nawet o wiedzę techniczną, którą notabene posiada (Antywirus nie działa? A przedtem usunął instalkę do Simsów i znowu nie idą? Mam starą oryginalną płytkę z gierką z dzieciństwa, ale na nowych kompach nie idzie? Daj mi chwilę).
On zwyczajnie patrzy na moje żałosne poczynania (Misiu, no weź, no patrz, no nie działa… Tak klikałam alt + Tab… Tak, ctrl + alt + del też… No przecież wiem, że prawy przycisk to atak, a lewy to znacznik!). On po prostu patrzy i to się naprawia. Samo.

Ile razy musiałam się tłumaczyć, że wiem co robię, a to i tak nie działa. Ile razy zwieszał mi się system przy Age of Empires, gdzie mój scout nie rozumiał komendy, czas leciał, a przeciwnicy przechodzili już do kolejnej epoki.

Podchodzi M.
– No weź zobacz, no nie działa! *klik* O! Podejdź zobacz! *klik* nosz kurde nie mogę.
Podchodzi.
*klik*
– No dobra, już działa.
M. i D. z którym również graliśmy – He he he.
– No nie, ale na serio! – odpowiedziałam z lekko obrażoną miną.

Sytuacji tych było tak wiele, że przestałam się łudzić, że są to pojedyncze przypadki. Może to wyjątkowa aura elektromagnetyczna. Może to moje szczęście. Albo pech. Bo przecież wychodzę na legalną blondynkę, a krytycznej analizy sytuacji mi nigdy nie brak.
Przed chwilą odpalam swój komputer po kolejnej w tym miesiącu aktualizacji systemu i proces ładowania ciągnie się w nieskończoność. Jako że moja cierpliwość do rzeczy martwych (a raczej elektronicznych) bywa ograniczona, podpuszczam M., bo mam dziwne przeczucie, że sztuczka znowu się uda. Ja to wiedziałam. Przekonanie ciążyło w płucach jak kowadło.

– Ej, patrz jak się długo ładuje!
M. zerka. Oczywiście pasek ładowania zniknął i pojawił się czarny ekran.
– Hm…
Okazuje się, że nic dalej nie idzie.
– Weź popatrz jeszcze raz.
Patrzy.
Czerń zmieniła odcień.
– Wciśnij enter. I spację – mówi bez mrugnięcia okiem.
– Ale po co? Nigdy nie muszę nic wciskać podczas ładowania systemu…?
Wciskam.
– Ale po co? Co to daje?
– Placebo. – i odwrócił się wracając do oglądania zwiastuna nowej gry survivalowej, gdzie możesz ujeżdżać dinozaury.

I wiecie co?
Komputer się włączył.

A ja znowu zadaję sobie to pytanie.
Jak?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chodź. Nie stój pod drzwiami ;)